O lwach, szafach i dosłowności, czyli czemu chrześcijańskie filmy ciężko się ogląda, a C.S. Lewis zrobiłby je lepiej

Kiedy zdarza mi się – zazwyczaj kiedy powinienem robić coś produktywnego – przeglądać portale i blogi zajmujące się filmami, czasem trafiam na pewien rodzaj wpisów, które sprawiają, że przez krótką chwilę czuję się wewnętrznie rozdarty.

To recenzje chrześcijańskich filmów.
Prawie zawsze negatywne.

I jako chrześcijanin mam z tym problem – z jednej strony chciałbym, żeby o filmach niosących przesłanie o Bogu, który zmienił moje życie mówiono dobrze, jednak…często po prostu nie mogę odmówić recenzentom racji. Oczywiście można, wzorem sporej części chrześcijańskiego światka powiedzieć, że antychrześcijańskie, zepsute społeczeństwo i liberalna w swoim charakterze kultura wyśmiewa biblijne przesłanie i nie rozumie go. To jednak nawet nie brzmi obiektywnie. I w większości przypadków to po prostu nieprawda. Bo te filmy są w zdecydowanej większości słabe. Nie dziwi mnie absolutnie, a nawet trochę śmieszy, kiedy jeden z popularniejszych youtuberów w Polsce nazywa je „chrześcijańską paszą”.

xyz

Czuję się jak fan jakiejś zmarłej(dobra, w tym wypadku zmartwychwstałej) gwiazdy, który z całego serca chciałby, żeby biografię jego idola nakręcił David Fincher albo Krzysztof Kieślowski, tymczasem na jego oczach zabierają się do niej na zmianę Patryk Vega i Uwe Boll. To po prostu boli.

Błędów popełnianych przy produkcji tych najczęściej niskobudżetowych filmów jest wiele, a im lepiej się wie, czym powinien się charakteryzować dobrze napisany scenariusz albo co odróżnia zdjęcia wybitne od rzemieślniczych, tym trudniej się je ogląda. Skupię się jednak na jednym – dosłowności.

Jej przejawy widzimy co krok. W dialogach, które często brzmią jak kazania, będąc prawie że oderwane od wykreowanej wcześniej tożsamości postaci. W samych postaciach, które mając płytkie, jednowymiarowe motywy, sprawiają wrażenie sztucznych i niczym nas nie pociągają. W symbolach i postawach chrześcijańskich, które zostały ograne przez popkulturę i religijność tak, że kiedy pojawiają się w filmie w swoim właściwym znaczeniu, wywołują politowanie zamiast uznania. W konsekwencji nawet wierzący widz ma wrażenie, że nie szanuje się jego intelektu, nie pozostawiając mu przestrzeni do interpretacji i myślenia.

Jeśli mnie empatia nie myli, to kiedy chcemy dotrzeć do widza z określonym przesłaniem, to błagam, na wszystko co kolorowe, lepiej nie traktujmy go jak kogoś ograniczonego intelektualnie.

Hello, Jesus

„Opowieści z Narnii” C.S. Lewisa, wydane w latach 50. nie spotkały się z ciepłym przyjęciem we wszystkich chrześcijańskich kręgach. Zarzucano autorowi właśnie brak dosłowności – Aslan – antropomorficzny lew będący typem Jezusa, obecność stworzeń pochodzących z mitologii nordyckiej i greckiej; to dla części krytyków było zbyt wiele.

Ale wiecie co? Minęło ponad pół wieku, a opowieść o uniwersum w którym Syn Władcy-zza-Morza przybywa zgodnie ze swoją obietnicą do skutego lodem, nieszczęśliwego i uciskanego świata jest powszechnie znana i czytana nie tylko przez chrześcijan. Miliony ludzi na świecie poznały historię, w której ów Lew wybacza zdradę Synowi Adama, oddaje za jego występek swoje życie – bo sam nigdy nie złamał prawa – po czym zmartwychwstaje i własnoręcznie(własnołapie?) kończy wojnę ze złem. Zresztą pewnie dla Ciebie, drogi czytelniku, to też żaden spoiler – nawet jeśli nie czytałeś Lewisa, to na pewno znasz tę historię.

Kiedy po roku nasi bohaterowie znowu przybywają do Narnii(w której upłynęło półtora tysiąca lat), to pomimo, że niewielu już wierzy w to, że Aslan istniał, nadal każdy, kto szczerze wezwie w potrzebie Jego imienia, otrzyma pomoc. Cóż za piękna opowieść. Może dlatego, że na faktach.

W „Opowieściach” nie pada bezpośrednio żadne odniesienie biblijne. Nie została użyta dosłowna symbolika związana z chrześcijaństwem. Postacie poznajemy, gdy widzimy je w różnych sytuacjach – ich reakcje i postawy, lęki i motywacje. Możemy się z nimi łatwo utożsamić, bo nam je pokazano, a nie tylko o nich opowiedziano albo, o zgrozo, same nam o sobie opowiedziały. Ich przygody z wielkim Lwem trafiają do nas bardzo, bardzo łatwo. Czytając o nich, przeżywamy historię razem z nimi i razem też spotykamy się z Aslanem.

W „Lwie, Czarownicy i starej szafie” Edmund, jeden z bohaterów, zostaje zwiedziony przez Białą Czarownicę, przyjmuje od niej zaczarowane ptasie mleczko – przysmak, który jest zarazem trucizną, ale sprawia, że chce się go więcej i więcej. Znamy jego motywacje, rozumiemy jego pożądanie, grzech jest nam przecież nieobcy. Nie dziwi nas, że zdradza z tego powodu swoich najbliższych. Ale czujemy też jego wstyd, kiedy wyznaje swój błąd Aslanowi i prosi o przebaczenie. Poznajemy lepiej wielkiego Lwa, kiedy ten przyjmuje go i sam płaci cenę za jego zdradę – to czyny Aslana ukazują nam Jego serce i postawę wobec człowieka. Nawet jeśli mówi się o Nim, że to nie jest oswojony Lew.

Tildę Swinton kochamy nawet kiedy chodzi do dziwnego fryzjera, zamienia ludzi w kamień i daje dzieciom podejrzane słodycze

Tak sobie nieśmiało myślę, że gdyby twórcy, a w tym wypadku scenarzyści chrześcijańskich filmów porzucili dosłowność, nie bali się używać symboliki a może nawet podejrzeli coś u swoich niekościelnych kolegów, chrześcijańska kinematografia mogłaby być dla świata wzorem a nie pośmiewiskiem. Że mogłaby konfrontować i inspirować, a nie wzbudzać politowanie. Mam taką nadzieję, a możliwe, że nawet i odrobinę wiary. Nie jestem w stanie przyjąć faktu, że ludzie będący w relacji ze Stwórcą obrazu i dźwięku nie są w stanie stworzyć filmu o Nim opowiadającego, który zadziwi świat.

Oczywiście nie twierdzę, że wszystkie, co do jednego, fabularne filmy chrześcijańskie to gnioty. Na twojamanna.pl staramy się promować filmy, które nie przyciągają tylko przesłaniem, ale też jakością. Przykładowo, kiedy w lutym tego roku w końcu zdobyłem się na obejrzenie Chaty, byłem mile zaskoczony, naprawdę dobrze się to oglądało. Chociaż taki materiał książkowy chyba trudno było popsuć. I w tym wypadku recenzja tego filmu na pewnym polskim portalu jest wykrzywiona i rzeczywiście wyssana z palca(najpewniej lewej ręki).

Oczywiście powyższy wpis to moje subiektywne zdanie. Mam nadzieję, że urozmaicił Ci poniedziałek. Jeśli czujesz się zbulwersowany – bardzo dobrze! Daj mi znać w komentarzu! Tym bardziej, jeśli chcesz polecić mi film chrześcijański, który symbolikę C.S. Lewisa zjada na śniadanie.

Pomoż nam znaleźć wartościowe chrześcijańskie materiały

Newsletter

Nigdy nie przegap nowych materiałów! Zapisz się do newslettera i zostań w kontakcie.

O Nas

Manna to miejsce w sieci, gdzie osoby chcące pogłębiać relację z Bogiem mogą codziennie odkrywać najciekawsze materiały ze świata chrześcijańskiego.

Nawigacja
Obserwuj